08.09.2018

Jest fajnie, ale boimy się...

Jak to głosi jeden neon na murze: "jest fajnie, ale boimy się miłości(wojny)".
Jest fajnie. To znaczy zadowalająco. Nie ma nic strasznego prawda? Nie jest strasznie i źle, kiedy możemy usiąść przy swoim biurku w pracy, napić się kawy, poprzeglądać koty w internecie i cieszyć się chwilową wolnością, miastem, dobrym treningiem albo nową książką. Cieszyć się też przyjaciółmi, towarzystwem, które dodaje mi ostatnio najwięcej siły.

Jest fajnie, ale nie do końca.
"samotność to taka straszna trwoga". Ale nie tylko. Jest strach. A raczej zasłona dymna, którą próbuję wzniecać non stop poczuciem, że "przecież jest fajnie". Przecież pokonałam ostatecznie swoje problemy z pracą, przecież skończyłam związek bez przyszłości z facetem, który mnie wkurwiał. Przecież dzielę się opieką nad dzieckiem z rodziną. Przecież mam co jeść.
Przecież...
Przecież ogarnia mnie samotność. Nieznośne toksyczne więzy, których nie mogę dalej zerwać. Brak najlepszego przyjaciela, któremu mogłabym powiedzieć wszystko. Który chociażby przeczytałby wszystkie notki na tym blogu i nie stwierdziłby, że chce ode mnie uciekać.

Moje życie to motanie się pomiędzy pasjami, pomiędzy wielkim pragnieniem zrobienia czegoś więcej, lepiej, nauką programowania, marzeniami o podróży na stopa w bieszczady, tworzeniem larpowych historii, a wycieraniem podłóg po jogurcie rozsmarowanym przez dzieciaka, znoszenie zachowania eks, wysłuchiwaniem rodziców eks, ze "musimy dalej trzymać się razem", mimo, ze tak bardzo nie chcę spędzać z nim tak dużo czasu dla małej. Szarpanina pomiędzy "to, czego chcę, a do czego mnie stworzono", a "to, co muszę, bo naciska na mnie społeczeństwo". Jakby nie wystarczył już pogłos epitetów, które są rzucane za moimi plecami w moja stronę dzięki biologicznej rodzinie. "wyrodna matka", "szmata", "kurwa", "puszczalska", "mogłabyś do 4 roku życia siedzieć z nią w domu".
To tylko pogłosie. Nie słyszę tego na żywo. Ale mimo, ze udało mi się uciec, głosy te brzmią w głowie do dziś.

Miłości - stwierdzam brak. Nie ma miłości - są "śmieszne" obrazki w internecie przesyłane między sobą na messengerze. Nie ma spokoju, poczucia że wszystko idzie w dobrym kierunku - jest siedzenie przy biurku, stukanie w klawisze ku tworzeniu kolejnej aplikacji internetowej. Czasem czuć nawet dumę, spełnienie, że po tylu latach poniewierania się mam coś konkretnego do zrobienia.
Miłość do dziecka - jaka miłość? Zachwyt nad młodym człowiekiem, dbałość o nią i wygłupy przeplatające się z wściekłością, frustracją i poczuciem, że już nigdy nie będę wolna, że robię coś, czego nigdy nie chciałam... nie wiem, czy to miłość.
NIE, nigdy nie chciałam dzieci.
"urodzisz, to ci się odmieni, każda kobieta tak ma".
Nie. Nie odmieniło się.  Z resztą, moja matka nigdy nie miała racji.

05.11.2017

Historia 50 postaci


Każdy to zna – porządki zaczynają się wywaleniem wszystkich rzeczy i segregowaniem na potrzebne i niepotrzebne, a kończą się na wspominkach, pochylając się nad starociami przywracającymi wspomnienia jak z wczoraj.
Znalazłam. Tajemniczą, skórzaną teczkę, w której trzymałam wszystkie karty postaci, które kiedykolwiek grałam podczas larpów. Około 50 postaci – różnych ras, stanów, sytuacji.
LARPy… Live action role playing. Dla mnie bardziej role playing. Odkąd zagrałam w pierwszego w życiu larpa wiedziałam, że najbardziej przemawiało we mnie wcielenie. Wcielenie się kogoś, kim nigdy nie byłam, sytuacje mojej postaci, których nigdy bym nie przeżyła. A kto wie…
Przyjaciele i sojusznicy z tawern, wrogowie, którzy wyśmiewali mnie jako kapitana gwiazdy śmierci. Moje pomysły podczas wyścigu z lożą masońską, dowodzenie grupą przestraszonych ludzi podczas apokalipsy.
I moje urojenia.
Rzadko grałam bezbarwne służące chcące tylko zabić swe księżniczki. Nie grałam złodziejaszków. Grałam bohaterami, wyrazistymi postaciami, za którymi szły tłumy. Byłam królową Kislevu, boginią Hel, upiorem w lesie, który tak naprawdę był głównym trzonem magicznej opowieści. Byłam silna, nieustraszona, mądra, charyzmatyczna. Czyli dokładnie tym, kim nie byłam w rzeczywistości.
Zawsze miałam skłonności do opowieści i ubarwiania świata. Tak bardzo nie znoszę tego, co jest wokół mnie, ze ubarwiam go na siłę. Kreowanie historii, ludzi i losów zawsze przyciągało mnie do siebie w postaci słów, które przelewałam na skrawki zeszytów szkolnych.
Z czasem moje larpy z zabawnych, ciekawych opowieści pełnych przygód stawały się moralizatorskie, mdłe i próbujące na siłę wciskać idee, które nie przemawiają do ludzi.
50 postaci… pamiętałam wszystkie losy tych postaci. Które pokochałam mocno ze względu na dobre serce, a które znienawidziłam, bo stawały się pyszne i zarozumiałe. Od pierwszej Anny, wrażliwej introwertyczki do Hel, bogini śmierci, która próbowała ratować amerykańskich bogów.
Wszystkie te postacie się zacierają w swojej początkowej atrakcyjności i chęci przygody. Przestaje się liczyć zabawa – miejsce zajmują niespełnione ambicje, ego wielkości ziarnka grochu i zbyt silna immersja.
50 postaci zostało unicestwionych w swym celu. Pomimo życia w mej pamięci.

11.09.2017

Ludzie nie chcą zmian - recenzja książki "Mali Bogowie"


Ludzie nie chcą zmian.
Do tak smutnych wniosków doszłam do wniosku, czytając najnowszą książkę Pawła Reszki „Mali Bogowie. O znieczulicy Polskich Lekarzy”.
Bo wbrew pozorom, czytając tę książkę myślałam nie tylko o lekarzach. Wertując tę książkę na początku i czytając na wyrywki bałam się iśc do kolejnego lekarza. Ba, jakby mój strach przed lekarzami nie był wystarczająco wielki! Pociesza mnie jedynie to, że jeśli pójdę do lekarza z córką, na pewno lepiej potraktują ładne, słodkie niemowlę niż starszą, śmierdzącą panią.
Zacznę od tego, że moja rodzina trochę przeze mnie przeżyła czasu w szpitalnych salach. Byłam słabą nastolatką, a zdarza się, że czasem jestem słabym dorosłym. Jedzie się wtedy na izbę przyjęć. Nie, nie z pierdołami. Nie dzwonię po karetkę z byle katarem, czy bólem głowy, bo karetki są teraz zbyt cenne, by wzywać je z byle powodu – np. wypisać leki, kiedy się nie chce iść do lekarza. Ludzie w ogóle nie mają poszanowania dla pracowników karetek.
Nie będę tu robić konkursu, jaka była najgorsza rzecz, jaką przeżyłam w szpitalu – do dziś żałuję, że nie złożyłam skargi mimo przeczytania książki P.Reszki. Pamiętam jednak dzień, w którym wylądowałam na SORze tracąc przytomność. Pielęgniarka razem z mamą latały za lekarzem ordynatorem, ciągnąc mnie ze sobą na wózku inwalidzkim. Czułam się, jakby zaraz moja głowa miała rozpaść się na tysiące kawałków, jednocześnie mrowiąc, nie będąc w stanie się podnieść z nieszczęsnego wózka.
Doganiamy lekarza. On patrzy na mnie, zaczyna się śmiać.
- ale jej nic nie jest. Można iść do domu.
- jak to jej nic nie jest? Ona tu zaraz odleci!
- pozdycha i przejdzie. Kroplówkę pani weźmie i do domu.

Bulwers był, przez długie lata, tym bardziej że nie były to zwykłe omdlenia. Jednak im dłużej czytam, tym bardziej rozumiem tę sytuację.
Przywołam żart z owej książki. Wychodzi lekarz na izbę przyjęć i krzyczy do wszystkich czekających „WYPIERDALAĆ! WYPIERDALAĆ!”, a pacjenci uciekają w popłochu. Ten, kto nie jest w stanie wyjść o własnych siłach, jest we właściwym miejscu i zasługuje na szybką pomoc.
Mnie się omdlewało często, ale zawsze wracałam z powrotem do żywych. I nie był to żaden problem z tarczycą, hormonami, ciśnieniem. Była to zwykła nerwica.
Dziwicie się zachowaniu lekarza, kiedy sporo takich pacjentów jak ja wali do niego drzwiami i oknami, gdy musi ratować ludzkie życie, jednocześnie będąc pomiatanym? Znoszący przytyki że je zamiast leczyć ludzi, gdy właśnie zabiera się za pierwszą kanapkę od 12 godzin?

Jak wygląda nasz system leczenia – każdy widzi. Kolejki, wkurwieni pacjenci, traktowani jak popychadło, pielęgniarki zmęczone robotą i będące na niższych gałęziach hierarchii, lekarze rezydenci bez własnego życia prywatnego, tyrający po 4 dyżury jeden za drugim, byle tylko mieć po prostu godne życie. Chyba tyle lat się uczyli tak trudnej dziedziny po to, by zarabiać więcej niż 3000 na rękę? I najciekawsze dla mnie – lekarze starsi stażem, zawodem, z prestiżem.

Można stwierdzić, że i oni byli na miejscu młodych. Oni też ciężko pracowali by być tam, gdzie są. Pamiętajmy jednak o tym, co ta książka chce nam opowiedzieć: oni uczyli się 30 lat temu, gdy sytuacja lekarzy była zupełnie inna. Gdy można było się nachapać przy przemyśle farmaceutycznym, powstawały przychodnie, gdy zawód lekarza był szanowany i prestiżowy, zamiast wyszydzany jak teraz przez znieczulicę. Oni to wszystko stracili.
Stracili, więc zrozumiałe, ze chcą się odkuć. Po co im konkurencja w postaci młodych? Na co im nowe stanowiska, skoro mogą dzięki temu brać więcej etatów, isć do tzw. „biedronki” i się więcej napchać?


Czy mogę o książce napisać coś jeszcze?
Czyta się ją szybko, przyjemnie mimo ciężkiego tematu. Budzi we mnie jakaś nadzieję, ze być może ludzie tacy jak my dostrzegą druga stronę tego bagna, jakim jest polska służba zdrowia? Może starsi lekarze dadzą młodszym szansę? Może…
Ale powiem wam… gdy proponowałam przeczytać mojej mamie choć kilka wersów, opowiadając jej to, co ja wam teraz, usłyszałam…
„mnie to nie obchodzi, ja jestem pacjent i mnie się należy bo płacę”.

Nadzieja pryska. Po prostu w naszym kraju ludzie nie chcą się zmieniać. Starsi lekarze nie chcą się zmieniać i dawać szans młodym, pogardzając pacjentami. System nie chce się zmieniać i dawać więcej miejsc na specjalizacjach, pieniędzy, bo lepiej przecież wydać na nowe wojskowe zabawki.
I sami pacjenci, czyli my – nie chcemy się zmieniać i zobaczyć medal z drugiej strony. Jesteśmy tylko my i my.
Gdzie jest reszta?